Uczony Reb Lajzer Skowronek poprawił
aksamitną krymkę na siwiejącej już głowie, wytrząsnął na ziemię i
schował w tylną kieszeń prunelowego chałata swoją porcelanową fajkę i
stojąc na środku brudnej sieni, głęboko rozmyślał nad tem, za którą też
wyjrzeć ma bramę?...
Jeżeli wyjrzy za zieloną, na ulicę, może
zobaczyć tam rzeźnika, pędzącego woły, starą babę z konewką, chlebem lub
butelką w ręku, a w każdym razie brunatny drewniany dom, którego parter
zajmuje blacharz i waciarz, a facjatkę... Pan Lajzer skrzywił się,
odwrócił i postąpił parę kroków ku bramie żółtej.
W tej stronie wszystko należy do niego. Ten
stróż, pokornie stojący z czapką w ręku, i to kwadratowe podwórze z
wielką szopą na środku i te poduszki czerwone, pierzyny w niebieskie
kratki, suszące się na słońcu, i ta o dach szopy oparta drabina, gdzie
na trzecim szczeblu od ziemi dokazuje cudów zręczności pejsaty Dawidek,
najmędrszy ze Skowronków, jacy egzystowali na świecie, wszystko to
należy do niego.
Czy tylko to?... A tenże za szopą dom
drewniany, mający osiem okien na górze i pięć na dole?... A tenże drugi,
na prawo, z trojgiem drzwi i dachem blaszanym?... A ten chodnik, po
którym mały Josek ciągnie na sznurze przewrócony do góry nogami
stołek?... A ta na lewo zbutwiała parterowa rudera, pod którą na stosie
desek gnijących igra troje brudnych i odartych dzieci, a goj bednarz z
hałasem pobija wielką beczkę?...
Smutna rudera! Żadna deska w jej ścianach nie przystaje do
drugiej, żadne drzwi nie domykają się, żadnego okna otworzyć nie można,
żeby się nie rozleciało. Sczerniały, mchem porosły dach tworzy tak
zawikłaną powierzchnią wichrowatą, że najznakomitszy jeometra nie
podjąłby się jej badać, a przykrywa takich biedaków... ach! takich
biedaków, że miłosierny Reb Lajzer już piąty miesiąc ociąga się z
wymówieniem im komornego.
Żółtawe oko Skowronka zatrzymało się na
ostatniem oknie facjatki, skąd przez wybite szyby od godziny już buchają
kłęby pary. Tak wielka ilość pary zdradza wielki ogień, a zbyt wielki
ogień...
— Ach!... ach!... — mruknął uczony Żyd — oni mi jeszcze domy spalą... — i zwolna postąpił ku bednarzowi.
— Niech będzie pochwalony, Marcinie...
— Na wieki wieków! — odparł bednarz, składając narzędzia i dotykając ręką czapki.
— Co u tego Jakóba taki ogień w izbie?
— To ona... gotuje wodę do prania.
— Ny! ny! A jak tam z nim?
Bednarz machnął ręką.
— Wun tak casem wygląda jak pijany — ciągnął Żyd.
— Gdzie zaś on tam pijany! Zwyczajnie, spadł z
ruśtowania i z tych czasów zrobił się taki jakiś... że to... eee!... —
objaśnił bednarz.
— Ny! ny! ja to zara pomiarkowałem. Wun raz u
mnie drwa rąbał, ale nawet godziny nie porąbał i ustał. Ze jemu we
śpitalu nic nie pomogli?...
— Co ta mieli pomóc, nawet mu nogi nie zgoili...
— Franek!... Franek!... chodź ino tu! —
odezwał się głos z facjatki, a rozmawiający ujrzeli w wybitem oknie
owiniętą w żółtą chustkę głowę kobiety.
Najstarsze z obdartych dzieci, które na widok gospodarza skryły się między gnijącemi belkami, pobiegło na schody.
— To jego dzieci? — spytał Lajzer.
— A jego! — odparł Marcin. — Troje na dole, a dwoje chorych w izbie.
— A wa! — mruknął Żyd i pochyliwszy głowę, począł przysłuchiwać się rozmowie na górze.
— Gdzie wczorajsze kartofle, co były w rynce... co?... — pytał gniewnie głos kobiecy.
— Abo ja wiem... matusiu! — odpowiedział z pewnem wahaniem głos dziecinny.
— Łżesz, boś sam zjadł w nocy; Józia cię widziała... Ja ci dam!...
— Jak Boga kocham, matusiu!... żeby mi ręce i
nogi połamało!... żeby mnie cholera!... — piszczał chłopak przy
akompanjamencie uderzeń.
— A masz!... a masz!... — krzyczała kobieta. — To będziesz łgał, będziesz kradł... będziesz się przysięgał?... A masz!...
Każdemu wyrazowi towarzyszył trzask mokrej
ścierki, upadającej na różne części ciała chudego i brudnego chłopca,
który zanosząc się od płaczu, mówił:
— A co ja temu winien, że mi matusia jeść nie
dają, co?... Abom to jadł kolacją?... abom jadł śniadanie... co?... I
jeszcze mnie matusia biją za to... U! hu!... hu!...
Zrobił się straszny wrzask, w którym oprócz
bijącej matki i bitego pacjenta, przyjęło udział dwoje dzieci na górze i
dwoje na dole. Zniecierpliwiło to Żyda, który po chwili namysłu wszedł
do sieni, z sieni na brudne i ruchome schody, i sapiąc ze zmęczenia,
stanął na progu izby pełnej pary, zaduchu i woni mydlin.
— Jakóbowa! pani Jakóbowa!... co u was zawdy takie krzyki? — zaczął przybyły.
— Ooo... to pan gospodarz?... — zdziwiła się licho ubrana kobieta, a potem płacząc dodała:
A cóż ja pocznę nieszczęśliwa z temi bachorami, kiedy nic się przed niemi nie uchowa i niczem ich nie nakarmi? Ten roboty nie ma, dzieci pięcioro, wszyscy wołają jeść, a ty choć sobie ręce do łokcia pozdzieraj, choć się sama rozedrzyj!...
— Ja wam co powiem, moja Jakóbowa — przerwał
oburzony Lajzer, — Że wy biedni, to jest prawda, ale że wy mi wiele
nieporządku w domu zrobicie i nie płacicie, to także prawda. Zawdy u was
pranie, wylewanie, suszenie, ze świecą po strychu chodzenie, zawdy
krzyk, a zapłaty niema, a pięć rubli winniście... Wy mi głowę
rozkrzyczycie, wy mi domy spalicie, wy... wy się wyprowadzić musicie!...
Już i was, i waszych pieniędzy widzieć nie chcę...
— A panie gospodarzu! — zawołała kobieta — niechże pan tego nie robi, niech pan jeszcze będzie cierpliwy!...
— Co to cierpliwy?... ja już jestem pięć miesięcy cierpliwy!...
— Może się też Pan Bóg nad nami zlituje i staremu da jaką robotę, to się jeszcze wypłacimy...
— Robotę!... robotę!... — mruknął Żyd. — Abo wy dbacie o co?... Abo wy nie wygnaliście od siebie jednej lokatorki?...
— To jest prawda, panie gospodarzu, ale widzi
pan gospodarz, ona to była takie nic dobrego, że panu i nam wstyd
robiła... Niech się pan Lajzer zmiłuje!... — mówiła dalej, składając
ręce. — Niech się pan zmiłuje przynajmniej nad tym drobiazgiem!...
Gospodarz spojrzał po izbie, gdzie wszyscy jej
mieszkańcy znajdowali się już w komplecie. Troje chudych, z nadmiernie
wielkiemi brzuchami dzieci, kryło się między balją i stołem, zarzuconym
mokrą bielizną. Czwarte, okryte jakimś czarnym łachmanem, leżało na
łóżku, piąte w drewnianej pace na słomie, a ich nędzny ojciec z
rozczochranym włosem, najeżonemi wąsami, z bojaźnią w oku stał oparty o
komin, obok ciekącej konewki, na której siedział przed chwilą.
Poważną twarz Żyda przebiegł dreszcz wzruszenia.
— Co tamtemu? — spytał już łagodniej, wskazując na pakę.
— Coś kaszle, panie gospodarzu — odparła matka.
— A temu co? — ciągnął, wskazując na łóżko.
— To dziewczyna, oparzyła się niechcący ukropem.
— A wa!... — syknął gospodarz i zwracając się do Jakóba, dodał:
— A jak z wami, Jakóbie?
Biedak wstrząsnął głową, skurczonemi palcami podrapał komin, lecz milczał.
— No!... odpowiedzże panu gospodarzowi — wtrąciła żona.
Jakób poruszył ustami, wlepił niespokojnie swoje okrągłe, zapadłe oczy w twarz gospodarza, lecz znowu milczał.
— Zostańcie z Bogiem! — szepnął Żyd i nagle opuścił izbę.
— Niech Pan Bóg prowadzi! — odpowiedziała
kobieta, wychylając się przez poręcz za schodzącym gospodarzem, którego w
sieni zatrzymał bednarz pytaniem:
— A cóż, panie Lajzer?...
— Niech go Bóg ratuje, to bardzo biedny człowiek!... — odparł Żyd i poszedł dalej.