Wśród potoków światła, dźwięków muzyki, szmeru
rozmów, prowadzonych we wszystkich indo-europejskich językach, — wśród
tumanów pary wodnej, kwasu węglanego, amonjaku i kilkudziesięciu innych
produktów potężnej waporyzacji, — ująwszy się pod ręce, spacerowali dwaj
nasi bohaterowie, oczekując z biciem serca, rychło jakaś maska,
zwabiona ich powierzchownością, gustownym ubiorem i pełnem elegancji
obejściem, zarzuci na nich rozkoszną siatkę intrygi. Ale maski nie
zaczepiały ich, zapewne przez delikatność, — młodzieńcy więc tymczasem
musieli się zadawalniać patrzeniem co robią i słuchaniem co mówią inni.
Nieszczęściem najcharakterystyczniejsze, a
więc najłatwiej wpadające w oko kostjumy, na później widać zachowywały
potęgę swego dowcipu. Tu białowłosy pustelnik rączką od starego parasola
błogosławił tłumy, ale milczał jak ryba. Tam krakowiak w bardzo
wiotkich płóciennych okolicznościach i z maską, noszącą na sobie ślady
uderzenia jakiejś potężnej pięści, przechadzał się ministerjalnym
krokiem. Gdzie indziej znowu, powabna krakowianka ochrzypłym, zapewnie naumyślnie, głosem wymieniała nazwisko i numer domu jakiemuś mężczyźnie, przebranemu za podoficera policji. Słowem dużo rozmaitości, ale zabawy bardzo mało.
— Wiesz, drogi Tadziu — szepnął Karol — że nieźle byłoby dla nabrania fantazji kropnąć coś orzeźwiającego.
— Z największą przyjemnością! — odparł Tadzio.
W dziesięć minut potem dwaj przyjaciele, już z
zarumienionemi policzkami, stali pod piecem, a współcześnie tkliwy
Tadzio dostrzegł, że maskarada ożywiła się znakomicie.
Wkrótce też całkowicie utonął w obserwacji, i oto co widział i słyszał:
Żokiej w nankinowym garniturze. Ho! ho!... facecie, poznajesz mnie?...
Elegant. Aaa... to ty?... Winszuję ci awansu!...
Żokiej w nankinowym garniturze. Jakto, więc wiesz, żem awansował?...
Elegant. Ale jak!... Przed wieczorem jeszcze byłeś chłopcem do czyszczenia butów, a teraz jesteś już żokiejem. Winszować!...
Czarna maska. Znam cię!... Gdzieś podział zegarek, bałamucie?...
Jegomość w pewnym wieku. Zostawiłem w domu, wiedząc, że mnie będziesz intrygować.
Młody Żydek. Do interesu, państwo, do interesu!...
Maska zielona. Za parę lat, moje dziecko, boś jeszcze za młody!...
Maska biała. Znam cię!... jesteś literat!...
Literat. Skąd wiesz o tem, maseczko?...
Maska biała. Poznałam cię po głupiej minie...
Literat. Brawo, poetko!...
Maska biała. Skąd wiesz, że jestem poetką?...
Literat. Stąd, że czuję wieszczy ogień nawet przez maskę...
— A to zabawni ludzie!... — wykrzyknął zadowolony Tadzio.
— Widzisz, co to znaczy maskarada!... —
odpowiedział Karol. Poczem obaj młodzieńcy roześmieli się na całe
gardła, znajdując, że ze wszystkich dowcipów, grasujących obecnie w
sali, ich był najdowcipniejszy.
W tej chwili uwaga Tadzia zwróciła się na nowy
przedmiot: jakiś gruby, czerwony jegomość zataczał się w sposób
niezwykły. W pierwszej chwili Tadzio byłby przysiągł, że jegomość jest
haniebnie pijanym, chwila jednak namysłu wystarczyła dla upewnienia się,
że jegomość był trzeźwy i tylko z trudnym do uwierzenia talentem udawał
pijanego. Oczy Tadzia z upodobaniem śledziły tę okrągłą postać, ubraną w
pomięty i zabielony tużurek, a dusza Tadzia doznała niezwykle
przyjemnej emocji, gdy dostrzegł, że jeden z czynników porządku,
złudzony nieporównaną grą otyłego pana, zabiera się do usunięcia jego
osoby.
Już Tadzio zwrócił się do Karola, aby mu
zakomunikować rezultat najświeższej obserwacji, gdy wtem jakieś kobiece
domino schwyciło go za rękę.
— Panie — rzekło drżącym głosem domino — wyprowadź mnie do innej sali, broń mnie!...
W zwykłych okolicznościach Tadzio pomyślałby
przedewszystkiem o zabezpieczeniu własnej egzystencji, ale teraz...
nigdy!... Od chwili wyjścia z bufetu energja Tadzia dosięgła
niepraktykowanych rozmiarów; bohater nasz sądził toż samo o jasności
swego umysłu.
— Panie — wyszeptało słabym głosem domino — unikaj przedewszystkiem pajaca, jest to mój wróg!...
Usłyszawszy to, Tadzio uczuł gwałtowną chęć
poszukania złowrogiego pajaca; ulegając jednak życzeniom damy, wcisnął
się z nią na jakąś w kącie stojącą kanapkę i patrzył, — do mówienia
bowiem stracił wszelką ochotę, a słuchać nie było czego.
Dama była prawdopodobnie piękna; głową sięgała Tadziowi do ucha, ręce jej były białe i drobne, kibić imponująca. Tadzio
sądził, i miał prawo tak sądzić, że wszystkie części ciała tej
doskonałej istoty muszą być jednakowo harmonijne i jakby dłutem
najbieglejszego rzeźbiarza utoczone.
— O panie — zaczęło znowu domino — przebacz mi, że cię tak narażam...
— Na co narażam?... — spytał Tadzio bardzo niewyraźnie, zapewne skutkiem zachwytu.
— Na... na gniew mego prześladowcy... Och! okrutny to człowiek.
— Czegóż więc chce od pani ten człowiek?... Za co prześladuje?...
— Nie pytaj pan!... Dość będzie, jeżeli ci powiem, że w ręku tego człowieka spoczywa mój honor...
— Honor pani?... pani?... — powtórzył Tadzio strasznym głosem, czując w piersiach nadzwyczajne rozbudzenie odwagi.
— Och! — jęknęło domino.
— Co pani jest?...
— Nie... dobrze mi!...
Z wielką trudnością zaprowadził Tadzio
interesującą nieznajomą do bufetu, gdzie prawie na klęczkach musiał ją
błagać, aby raczyła przyjąć kieliszek wina. Jeżeli jednak dama
zachowywała się bardzo powściągliwie, zato Tadzio, ulegając jej prośbom i
tkliwym uściskom ręki, pił jak bąk i wcale nie żałował tego, czując, że
stopniowo powiększa się jego niezrównane męstwo, giętkość umysłu i...
że stosunki z nieznajomą przybierają coraz poufniejszy charakter.
Już Tadzio po raz setny zapewnił damę swojego
serca o dozgonnej miłości, a po raz dziesiąty usłyszał od niej
zapewnienie, że mu na wieki sprzyjać będzie, — już złożył pierwszy
pocałunek na jej śnieżnem ramieniu i po raz drugi zabierał się w miejscu
publicznem do popełnienia tej samej niedyskrecji, kiedy nagle:
— Ach!... — krzyknęło domino.
Tadzio spojrzał i oniemiał: za damą jego myśli stał złowrogi pajac, a nawet, groźnie gestykulując, coś jej szeptał do ucha.
Tadzio nie rozumiał rozmowy, czuł bowiem,
zapewne skutkiem gorąca, gwałtowny szum w uszach, — nie mógł nawet zdać
sobie dokładnie sprawy z kolorów, stanowiących ubranie pajaca, lecz
widział, że piękna nieznajoma rozpaczliwie załamuje ręce.
— Co... co... co pani jest?... — zapytał.
— O nie powiem, nie mogę powiedzieć!... — wyszeptała dama.
— Więc ja panu powiem — rzekł pajac głosem
stłumionym. — Ta pani ma męża, męża hrabiego, który nie wie o tem, że
jego żona romansuje z panem na maskaradzie.
— Milcz, nędzniku! — szepnął Tadzio, pojmujący całą okropność położenia hrabiny.
— Właśnie, że będę gadał, bo za gadanie, za gadanie... zapłacą mi — odparł bezczelny pajac.
— Więc co chcesz?... — zapytał Tadzio, majestatycznie sięgając do kieszeni fraka.
— Całą portmonetkę! — odpowiedział prześladowca.
W każdym innym razie Tadzio byłby się zawahał,
ale w obecnym — nigdy. Honor kobiety, honor hrabiny zależał od niego, i
mógłże się wahać?
Nie, nie mógł!... to też za chwilę portmonetka
Tadzia znikła w obszernej kieszeni pajaca, wzamian za obietnicę
dotrzymania sekretu z jego strony — i... czuły uścisk delikatnej ręki
hrabiny.
W kilka minut potem rozmarzona, szczęśliwa para opuściła maskaradę.