poniedziałek, 16 marca 2026
środa, 11 marca 2026
Agencja Nieruchomości Kraków
Nieruchomości Kraków
GRODZKIE NIERUCHOMOŚCI to profesjonalna agencja nieruchomości działająca na terenie Krakowa oraz w okolicznych gminach. Specjalizujemy się w kompleksowej obsłudze transakcji kupna, sprzedaży, najmu oraz wynajmu nieruchomości różnego typu od mieszkań i domów, po działki. Zapewniamy naszym klientom pełne wsparcie na każdym etapie transakcji – od pierwszej konsultacji aż do jej bezpiecznego sfinalizowania. Gwarantujemy rzetelne doradztwo, pełne bezpieczeństwo prawne oraz całkowitą dyskrecję. Pośrednik Nieruchomości Kraków Zakres naszych usług obejmuje: pośrednictwo w obrocie nieruchomościami, analizę stanu prawnego nieruchomości, przygotowanie niezbędnej dokumentacji do transakcji. Profesjonalne przygotowanie ofert i ich promocję na portalach ogłoszeniowych, prezentacje nieruchomości. Współpracujemy z renomowanymi biurami nieruchomości oraz instytucjami związanymi z rynkiem nieruchomości, co pozwala nam skutecznie realizować nawet najbardziej wymagające transakcje.niedziela, 8 lutego 2026
Drukarnia cyfrowa
niedziela, 28 stycznia 2024
Baza weterynarzy
środa, 24 stycznia 2024
Lecznica weterynaryjna Iwanowice
wtorek, 6 grudnia 2022
Lokator
Uczony Reb Lajzer Skowronek poprawił
aksamitną krymkę na siwiejącej już głowie, wytrząsnął na ziemię i
schował w tylną kieszeń prunelowego chałata swoją porcelanową fajkę i
stojąc na środku brudnej sieni, głęboko rozmyślał nad tem, za którą też
wyjrzeć ma bramę?...
Jeżeli wyjrzy za zieloną, na ulicę, może
zobaczyć tam rzeźnika, pędzącego woły, starą babę z konewką, chlebem lub
butelką w ręku, a w każdym razie brunatny drewniany dom, którego parter
zajmuje blacharz i waciarz, a facjatkę... Pan Lajzer skrzywił się,
odwrócił i postąpił parę kroków ku bramie żółtej.
W tej stronie wszystko należy do niego. Ten
stróż, pokornie stojący z czapką w ręku, i to kwadratowe podwórze z
wielką szopą na środku i te poduszki czerwone, pierzyny w niebieskie
kratki, suszące się na słońcu, i ta o dach szopy oparta drabina, gdzie
na trzecim szczeblu od ziemi dokazuje cudów zręczności pejsaty Dawidek,
najmędrszy ze Skowronków, jacy egzystowali na świecie, wszystko to
należy do niego.
Czy tylko to?... A tenże za szopą dom
drewniany, mający osiem okien na górze i pięć na dole?... A tenże drugi,
na prawo, z trojgiem drzwi i dachem blaszanym?... A ten chodnik, po
którym mały Josek ciągnie na sznurze przewrócony do góry nogami
stołek?... A ta na lewo zbutwiała parterowa rudera, pod którą na stosie
desek gnijących igra troje brudnych i odartych dzieci, a goj bednarz z
hałasem pobija wielką beczkę?...
Smutna rudera! Żadna deska w jej ścianach nie przystaje do
drugiej, żadne drzwi nie domykają się, żadnego okna otworzyć nie można,
żeby się nie rozleciało. Sczerniały, mchem porosły dach tworzy tak
zawikłaną powierzchnią wichrowatą, że najznakomitszy jeometra nie
podjąłby się jej badać, a przykrywa takich biedaków... ach! takich
biedaków, że miłosierny Reb Lajzer już piąty miesiąc ociąga się z
wymówieniem im komornego.
Żółtawe oko Skowronka zatrzymało się na
ostatniem oknie facjatki, skąd przez wybite szyby od godziny już buchają
kłęby pary. Tak wielka ilość pary zdradza wielki ogień, a zbyt wielki
ogień...
— Ach!... ach!... — mruknął uczony Żyd — oni mi jeszcze domy spalą... — i zwolna postąpił ku bednarzowi.
— Niech będzie pochwalony, Marcinie...
— Na wieki wieków! — odparł bednarz, składając narzędzia i dotykając ręką czapki.
— Co u tego Jakóba taki ogień w izbie?
— To ona... gotuje wodę do prania.
— Ny! ny! A jak tam z nim?
Bednarz machnął ręką.
— Wun tak casem wygląda jak pijany — ciągnął Żyd.
— Gdzie zaś on tam pijany! Zwyczajnie, spadł z
ruśtowania i z tych czasów zrobił się taki jakiś... że to... eee!... —
objaśnił bednarz.
— Ny! ny! ja to zara pomiarkowałem. Wun raz u
mnie drwa rąbał, ale nawet godziny nie porąbał i ustał. Ze jemu we
śpitalu nic nie pomogli?...
— Co ta mieli pomóc, nawet mu nogi nie zgoili...
— Franek!... Franek!... chodź ino tu! —
odezwał się głos z facjatki, a rozmawiający ujrzeli w wybitem oknie
owiniętą w żółtą chustkę głowę kobiety.
Najstarsze z obdartych dzieci, które na widok gospodarza skryły się między gnijącemi belkami, pobiegło na schody.
— To jego dzieci? — spytał Lajzer.
— A jego! — odparł Marcin. — Troje na dole, a dwoje chorych w izbie.
— A wa! — mruknął Żyd i pochyliwszy głowę, począł przysłuchiwać się rozmowie na górze.
— Gdzie wczorajsze kartofle, co były w rynce... co?... — pytał gniewnie głos kobiecy.
— Abo ja wiem... matusiu! — odpowiedział z pewnem wahaniem głos dziecinny.
— Łżesz, boś sam zjadł w nocy; Józia cię widziała... Ja ci dam!...
— Jak Boga kocham, matusiu!... żeby mi ręce i
nogi połamało!... żeby mnie cholera!... — piszczał chłopak przy
akompanjamencie uderzeń.
— A masz!... a masz!... — krzyczała kobieta. — To będziesz łgał, będziesz kradł... będziesz się przysięgał?... A masz!...
Każdemu wyrazowi towarzyszył trzask mokrej
ścierki, upadającej na różne części ciała chudego i brudnego chłopca,
który zanosząc się od płaczu, mówił:
— A co ja temu winien, że mi matusia jeść nie
dają, co?... Abom to jadł kolacją?... abom jadł śniadanie... co?... I
jeszcze mnie matusia biją za to... U! hu!... hu!...
Zrobił się straszny wrzask, w którym oprócz
bijącej matki i bitego pacjenta, przyjęło udział dwoje dzieci na górze i
dwoje na dole. Zniecierpliwiło to Żyda, który po chwili namysłu wszedł
do sieni, z sieni na brudne i ruchome schody, i sapiąc ze zmęczenia,
stanął na progu izby pełnej pary, zaduchu i woni mydlin.
— Jakóbowa! pani Jakóbowa!... co u was zawdy takie krzyki? — zaczął przybyły.
— Ooo... to pan gospodarz?... — zdziwiła się licho ubrana kobieta, a potem płacząc dodała:
A cóż ja pocznę nieszczęśliwa z temi bachorami, kiedy nic się przed niemi nie uchowa i niczem ich nie nakarmi? Ten roboty nie ma, dzieci pięcioro, wszyscy wołają jeść, a ty choć sobie ręce do łokcia pozdzieraj, choć się sama rozedrzyj!...
— Ja wam co powiem, moja Jakóbowa — przerwał
oburzony Lajzer, — Że wy biedni, to jest prawda, ale że wy mi wiele
nieporządku w domu zrobicie i nie płacicie, to także prawda. Zawdy u was
pranie, wylewanie, suszenie, ze świecą po strychu chodzenie, zawdy
krzyk, a zapłaty niema, a pięć rubli winniście... Wy mi głowę
rozkrzyczycie, wy mi domy spalicie, wy... wy się wyprowadzić musicie!...
Już i was, i waszych pieniędzy widzieć nie chcę...
— A panie gospodarzu! — zawołała kobieta — niechże pan tego nie robi, niech pan jeszcze będzie cierpliwy!...
— Co to cierpliwy?... ja już jestem pięć miesięcy cierpliwy!...
— Może się też Pan Bóg nad nami zlituje i staremu da jaką robotę, to się jeszcze wypłacimy...
— Robotę!... robotę!... — mruknął Żyd. — Abo wy dbacie o co?... Abo wy nie wygnaliście od siebie jednej lokatorki?...
— To jest prawda, panie gospodarzu, ale widzi
pan gospodarz, ona to była takie nic dobrego, że panu i nam wstyd
robiła... Niech się pan Lajzer zmiłuje!... — mówiła dalej, składając
ręce. — Niech się pan zmiłuje przynajmniej nad tym drobiazgiem!...
Gospodarz spojrzał po izbie, gdzie wszyscy jej
mieszkańcy znajdowali się już w komplecie. Troje chudych, z nadmiernie
wielkiemi brzuchami dzieci, kryło się między balją i stołem, zarzuconym
mokrą bielizną. Czwarte, okryte jakimś czarnym łachmanem, leżało na
łóżku, piąte w drewnianej pace na słomie, a ich nędzny ojciec z
rozczochranym włosem, najeżonemi wąsami, z bojaźnią w oku stał oparty o
komin, obok ciekącej konewki, na której siedział przed chwilą.
Poważną twarz Żyda przebiegł dreszcz wzruszenia.
— Co tamtemu? — spytał już łagodniej, wskazując na pakę.
— Coś kaszle, panie gospodarzu — odparła matka.
— A temu co? — ciągnął, wskazując na łóżko.
— To dziewczyna, oparzyła się niechcący ukropem.
— A wa!... — syknął gospodarz i zwracając się do Jakóba, dodał:
— A jak z wami, Jakóbie?
Biedak wstrząsnął głową, skurczonemi palcami podrapał komin, lecz milczał.
— No!... odpowiedzże panu gospodarzowi — wtrąciła żona.
Jakób poruszył ustami, wlepił niespokojnie swoje okrągłe, zapadłe oczy w twarz gospodarza, lecz znowu milczał.
— Zostańcie z Bogiem! — szepnął Żyd i nagle opuścił izbę.
— Niech Pan Bóg prowadzi! — odpowiedziała
kobieta, wychylając się przez poręcz za schodzącym gospodarzem, którego w
sieni zatrzymał bednarz pytaniem:
— A cóż, panie Lajzer?...
— Niech go Bóg ratuje, to bardzo biedny człowiek!... — odparł Żyd i poszedł dalej.
Maska
Wśród potoków światła, dźwięków muzyki, szmeru
rozmów, prowadzonych we wszystkich indo-europejskich językach, — wśród
tumanów pary wodnej, kwasu węglanego, amonjaku i kilkudziesięciu innych
produktów potężnej waporyzacji, — ująwszy się pod ręce, spacerowali dwaj
nasi bohaterowie, oczekując z biciem serca, rychło jakaś maska,
zwabiona ich powierzchownością, gustownym ubiorem i pełnem elegancji
obejściem, zarzuci na nich rozkoszną siatkę intrygi. Ale maski nie
zaczepiały ich, zapewne przez delikatność, — młodzieńcy więc tymczasem
musieli się zadawalniać patrzeniem co robią i słuchaniem co mówią inni.
Nieszczęściem najcharakterystyczniejsze, a
więc najłatwiej wpadające w oko kostjumy, na później widać zachowywały
potęgę swego dowcipu. Tu białowłosy pustelnik rączką od starego parasola
błogosławił tłumy, ale milczał jak ryba. Tam krakowiak w bardzo
wiotkich płóciennych okolicznościach i z maską, noszącą na sobie ślady
uderzenia jakiejś potężnej pięści, przechadzał się ministerjalnym
krokiem. Gdzie indziej znowu, powabna krakowianka ochrzypłym, zapewnie naumyślnie, głosem wymieniała nazwisko i numer domu jakiemuś mężczyźnie, przebranemu za podoficera policji. Słowem dużo rozmaitości, ale zabawy bardzo mało.
— Wiesz, drogi Tadziu — szepnął Karol — że nieźle byłoby dla nabrania fantazji kropnąć coś orzeźwiającego.
— Z największą przyjemnością! — odparł Tadzio.
W dziesięć minut potem dwaj przyjaciele, już z
zarumienionemi policzkami, stali pod piecem, a współcześnie tkliwy
Tadzio dostrzegł, że maskarada ożywiła się znakomicie.
Wkrótce też całkowicie utonął w obserwacji, i oto co widział i słyszał:
Żokiej w nankinowym garniturze. Ho! ho!... facecie, poznajesz mnie?...
Elegant. Aaa... to ty?... Winszuję ci awansu!...
Żokiej w nankinowym garniturze. Jakto, więc wiesz, żem awansował?...
Elegant. Ale jak!... Przed wieczorem jeszcze byłeś chłopcem do czyszczenia butów, a teraz jesteś już żokiejem. Winszować!...
Czarna maska. Znam cię!... Gdzieś podział zegarek, bałamucie?...
Jegomość w pewnym wieku. Zostawiłem w domu, wiedząc, że mnie będziesz intrygować.
Młody Żydek. Do interesu, państwo, do interesu!...
Maska zielona. Za parę lat, moje dziecko, boś jeszcze za młody!...
Maska biała. Znam cię!... jesteś literat!...
Literat. Skąd wiesz o tem, maseczko?...
Maska biała. Poznałam cię po głupiej minie...
Literat. Brawo, poetko!...
Maska biała. Skąd wiesz, że jestem poetką?...
Literat. Stąd, że czuję wieszczy ogień nawet przez maskę...
— A to zabawni ludzie!... — wykrzyknął zadowolony Tadzio.
— Widzisz, co to znaczy maskarada!... —
odpowiedział Karol. Poczem obaj młodzieńcy roześmieli się na całe
gardła, znajdując, że ze wszystkich dowcipów, grasujących obecnie w
sali, ich był najdowcipniejszy.
W tej chwili uwaga Tadzia zwróciła się na nowy
przedmiot: jakiś gruby, czerwony jegomość zataczał się w sposób
niezwykły. W pierwszej chwili Tadzio byłby przysiągł, że jegomość jest
haniebnie pijanym, chwila jednak namysłu wystarczyła dla upewnienia się,
że jegomość był trzeźwy i tylko z trudnym do uwierzenia talentem udawał
pijanego. Oczy Tadzia z upodobaniem śledziły tę okrągłą postać, ubraną w
pomięty i zabielony tużurek, a dusza Tadzia doznała niezwykle
przyjemnej emocji, gdy dostrzegł, że jeden z czynników porządku,
złudzony nieporównaną grą otyłego pana, zabiera się do usunięcia jego
osoby.
Już Tadzio zwrócił się do Karola, aby mu
zakomunikować rezultat najświeższej obserwacji, gdy wtem jakieś kobiece
domino schwyciło go za rękę.
— Panie — rzekło drżącym głosem domino — wyprowadź mnie do innej sali, broń mnie!...
W zwykłych okolicznościach Tadzio pomyślałby
przedewszystkiem o zabezpieczeniu własnej egzystencji, ale teraz...
nigdy!... Od chwili wyjścia z bufetu energja Tadzia dosięgła
niepraktykowanych rozmiarów; bohater nasz sądził toż samo o jasności
swego umysłu.
— Panie — wyszeptało słabym głosem domino — unikaj przedewszystkiem pajaca, jest to mój wróg!...
Usłyszawszy to, Tadzio uczuł gwałtowną chęć
poszukania złowrogiego pajaca; ulegając jednak życzeniom damy, wcisnął
się z nią na jakąś w kącie stojącą kanapkę i patrzył, — do mówienia
bowiem stracił wszelką ochotę, a słuchać nie było czego.
Dama była prawdopodobnie piękna; głową sięgała Tadziowi do ucha, ręce jej były białe i drobne, kibić imponująca. Tadzio
sądził, i miał prawo tak sądzić, że wszystkie części ciała tej
doskonałej istoty muszą być jednakowo harmonijne i jakby dłutem
najbieglejszego rzeźbiarza utoczone.
— O panie — zaczęło znowu domino — przebacz mi, że cię tak narażam...
— Na co narażam?... — spytał Tadzio bardzo niewyraźnie, zapewne skutkiem zachwytu.
— Na... na gniew mego prześladowcy... Och! okrutny to człowiek.
— Czegóż więc chce od pani ten człowiek?... Za co prześladuje?...
— Nie pytaj pan!... Dość będzie, jeżeli ci powiem, że w ręku tego człowieka spoczywa mój honor...
— Honor pani?... pani?... — powtórzył Tadzio strasznym głosem, czując w piersiach nadzwyczajne rozbudzenie odwagi.
— Och! — jęknęło domino.
— Co pani jest?...
— Nie... dobrze mi!...
Z wielką trudnością zaprowadził Tadzio
interesującą nieznajomą do bufetu, gdzie prawie na klęczkach musiał ją
błagać, aby raczyła przyjąć kieliszek wina. Jeżeli jednak dama
zachowywała się bardzo powściągliwie, zato Tadzio, ulegając jej prośbom i
tkliwym uściskom ręki, pił jak bąk i wcale nie żałował tego, czując, że
stopniowo powiększa się jego niezrównane męstwo, giętkość umysłu i...
że stosunki z nieznajomą przybierają coraz poufniejszy charakter.
Już Tadzio po raz setny zapewnił damę swojego
serca o dozgonnej miłości, a po raz dziesiąty usłyszał od niej
zapewnienie, że mu na wieki sprzyjać będzie, — już złożył pierwszy
pocałunek na jej śnieżnem ramieniu i po raz drugi zabierał się w miejscu
publicznem do popełnienia tej samej niedyskrecji, kiedy nagle:
— Ach!... — krzyknęło domino.
Tadzio spojrzał i oniemiał: za damą jego myśli stał złowrogi pajac, a nawet, groźnie gestykulując, coś jej szeptał do ucha.
Tadzio nie rozumiał rozmowy, czuł bowiem,
zapewne skutkiem gorąca, gwałtowny szum w uszach, — nie mógł nawet zdać
sobie dokładnie sprawy z kolorów, stanowiących ubranie pajaca, lecz
widział, że piękna nieznajoma rozpaczliwie załamuje ręce.
— Co... co... co pani jest?... — zapytał.
— O nie powiem, nie mogę powiedzieć!... — wyszeptała dama.
— Więc ja panu powiem — rzekł pajac głosem
stłumionym. — Ta pani ma męża, męża hrabiego, który nie wie o tem, że
jego żona romansuje z panem na maskaradzie.
— Milcz, nędzniku! — szepnął Tadzio, pojmujący całą okropność położenia hrabiny.
— Właśnie, że będę gadał, bo za gadanie, za gadanie... zapłacą mi — odparł bezczelny pajac.
— Więc co chcesz?... — zapytał Tadzio, majestatycznie sięgając do kieszeni fraka.
— Całą portmonetkę! — odpowiedział prześladowca.
W każdym innym razie Tadzio byłby się zawahał,
ale w obecnym — nigdy. Honor kobiety, honor hrabiny zależał od niego, i
mógłże się wahać?
Nie, nie mógł!... to też za chwilę portmonetka
Tadzia znikła w obszernej kieszeni pajaca, wzamian za obietnicę
dotrzymania sekretu z jego strony — i... czuły uścisk delikatnej ręki
hrabiny.
W kilka minut potem rozmarzona, szczęśliwa para opuściła maskaradę.
Królik miniaturowy
Królik domowy Nowy członek rodziny w naszym domu to na pewno bardzo trudna decyzja która musimy podjąć z całą naszą rodzinę. Bardzo dużo r...
-
Nieruchomości Kraków GRODZKIE NIERUCHOMOŚCI to profesjonalna agencja nieruchomości działająca na terenie Krakowa oraz w okolicznych gminac...
-
Współczesne firmy wydają mnóstwo pieniędzy na akcje promocyjne i odpowiednią strategię marketingową. Każdy dostatecznie zdaje sobie sprawę z...
-
Królik domowy Nowy członek rodziny w naszym domu to na pewno bardzo trudna decyzja która musimy podjąć z całą naszą rodzinę. Bardzo dużo r...

